CO SIĘ STAŁO W "GAZECIE POLSKIEJ"



Do Czytelników "Gazety Polskiej"
(15 czerwca 2005 r.)

Kiedy dwanaście lat temu zakładaliśmy "Gazetę Polską", przyświecało nam kilka ważnych celów. Ale najważniejsze było od początku jedno: żeby to było pismo prawdziwie niezależne i od grup trzymających władzę, i od grup trzymających biznes. Ideał ten został właśnie podeptany. W "Gazecie Polskiej" dokonano zamachu. To nie jest już nasze pismo.

Wszystkim, którzy czytali nas przez tych dwanaście lat, dziękujemy.

Kiedy zakładaliśmy "Gazetę Polską", byliśmy zupełnie sami. Dziś sami nie jesteśmy. Nie mogliśmy pożegnać się z Czytelnikami, ale czujemy ich siłę. To dla nich będziemy obecni nadal: w książkach, które wydamy, być może na łamach czasopism, które będą chciały drukować nasze teksty. Nie mówimy więc "żegnajcie".

Elżbieta Isakiewicz   Piotr Wierzbicki
nasz numer kontaktowy to tel. kom. Elżbiety Isakiewicz: 0 880 478 556



Lubimy zaskakiwać
czyli
O co chodzi "GAZECIE POLSKIEJ"

(tekst Piotra Wierzbickiego z 42 (587) numeru "Gazety Polskiej" z 20 października 2004 r.)

Mówią, że to dziwna gazeta. Mają rację: nie pasujemy do schematów.

Jesteśmy radykalnymi liberałami w europejskim znaczeniu tego słowa. Naszym ideałem jest wolność. Nie ma wolności bez wolności gospodarczej. Jesteśmy więc reaganowcami, thatcherowcami, wyznawcami i popularyzatorami tego sposobu myślenia i działania, które w II RP reprezentował Andrzej Wierzbicki, animator polskiego przemysłu, a w ruchu "Solidarność" próbował odnowić nieodżałowany Mirosław Dzielski. Przyjęliśmy do wiadomości tę prawdę, potwierdzoną po stokroć przez praktykę, że jest tylko jedna droga, na której można zapewnić trwałe podstawy ekonomicznej pomyślności społeczeństwa: nie przeszkadzać ludziom w twórczym działaniu, dać szansę niewidzialnej ręce rynku, trzymać państwo na dystans od gospodarki, zatrzymać zgubny proces wykańczania prywatnych firm przez przepisy produkowane w ministerstwach. Problemem Polski nie są żadni "najbiedniejsi", wokół których tańczą prawie wszystkie partie. Problemem Polski jest ubóstwo ogółu społeczeństwa, zacofanie technologiczne, edukacyjne, cywilizacyjne kraju. Żadne rozdawnictwo, żadna kiełbasa wyborcza, żadna cudowna metoda dzielenia nie pomoże na to, że zarabiamy siedem razy mniej niż obywatele Niemiec, Francji, Holandii. Tylko gigantyczny wysiłek w y t w ó r c z y może zasypać tę przepaść. Aby rozdawać, trzeba przedtem m i e ć. Jesteśmy radykalnymi liberałami w europejskim znaczeniu tego słowa. Radykalni liberałowie w Polsce to ludzie niezmiernie konsekwentni.

Doktryna liberalna rozwiązała im wszystkie problemy. Od radykalnego liberała można śmiało tu dzisiaj oczekiwać niezłomnego przekonania, że jak będzie wolna przedsiębiorczość, to zaraz inne problemy poznikają, że poza gospodarką nic tak naprawdę się nie liczy, że zbędna jest nawet demokracja.

Ale my nie pasujemy do schematów.

Gospodarka nam świata nie przesłania. Nie sądzimy, że wszystkie problemy Polski rozwiąże katechizm liberała. Pogląd, że można wyrzucić demokrację, że dyktatura może być lepsza od demokracji, że niech Kowalski gnije w obozie pracy, byle Wiśniewski mógł być wolnym przedsiębiorcą, jawi nam się jako najbardziej piramidalna spośród bzdur wypowiedzianych w III RP. Traktujemy narodową suwerenność jako nienaruszalny fundament naszego życia. Polemizowaliśmy z publicystami, którzy namawiają polską dyplomację do zaniechania - w imię "solidarności", "braterstwa", "integracji" - obrony naszych partykularnych interesów, a nie zauważyli, że o swe partykularne interesy wojują w najlepsze wszystkie europejskie państwa i że za dymną zasłoną wzniosłych haseł prosperuje sobie w najlepsze nacjonalizm i hegemonizm dwóch europejskich potęg. Uznaliśmy za karygodne działania Francji i Niemiec prowadzące do uczynienia z Rosji arbitra w sprawach wojny, pokoju i moralności. Poddaliśmy ostrej krytyce tekst europejskiej konstytucji, której niektóre zapisy osłabiają pozycję Polski w unijnych strukturach. Dostrzegamy zasadniczą rolę narodowej pamięci w kształtowaniu międzynarodowej pozycji Polski, trzydniowe obchody Powstania Warszawskiego potraktowaliśmy jako wydarzenie wielkiej wagi. Pochwaliliśmy sejm za uchwałę w sprawie reparacji wojennych. Zdajemy sobie sprawę, że jak będziemy nadal siedzieć cicho, to niedługo każą nam się tłumaczyć, dlaczego napadliśmy na Hitlera. Tak się dziś w Polsce utarło, że kto głosi miłość do Polski najżarliwiej, że komu słowo "ojczyzna" "nie schodzi z ust", że kto najgoręcej nienawidzi naszych wrogów, ten ich znajduje na zgniłym Zachodzie, w Europie przenikniętej zepsuciem, w krwiożerczej Ameryce, w której mason na spółkę z finansistą z Wall Street przemyśliwają, jak opanować świat. Tak się jakoś w Polsce złożyło, że kto powtarza "suwerenność", "suwerenność", "niepodległość", to można od niego oczekiwać, iż najbardziej zamierza jej bronić przed najazdem okupantów z Liverpoolu, Marsylii, Neapolu, Toronto, Madrytu i Teksasu.

Ale my nie pasujemy do schematów.

Odrzucamy hasło "zgniły Zachód". Lubimy Zachód. Cenimy jego osiągnięcia gospodarcze i społeczne, jego cywilizację, jego kulturę. Popieraliśmy całym sercem wejście do NATO. Głosowaliśmy za przystąpieniem do Unii Europejskiej. Gdy krytykujemy hegemonistyczne ciągoty Francji i Niemiec, gdy odrzucamy konstytucję europejską, chodzi nam nie o to, by zaszkodzić Unii czy wyjść z Unii, tylko o to, by w niej znaleźć należne miejsce, by mieć wpływ na jej kształt. Sojusz ze Stanami Zjednoczonymi traktujemy jako fundament naszego bezpieczeństwa. Poparliśmy wkroczenie do Iraku, sprzeciwiamy się wycofaniu stamtąd naszych wojsk. Gdy słuchamy nauk ks. Rydzyka, gdy czytamy "Nasz Dziennik", gdy dowiadujemy się, że Europa Zachodnia i Ameryka, jedyne dwie w miarę uporządkowane ziemskie wysepki w morzu nędzy, wojen, represji, to siedlisko szatana, bierze nas pusty śmiech. My dobrze pamiętamy, że to nie "zgniły Zachód" wtargnął do nas w roku 1944, by niewolę wojskowej okupacji zastąpić tyranią obcej dominacji i nieludzkiego systemu.

W Polsce tak się jakoś przyjęło, że jak gazeta ma profil bardziej lewicowy, to sympatyzuje z Żydami, bierze ich w obronę, przedstawia ich punkt widzenia, a jak gazeta ma profil bardziej prawicowy, to z Żydami wojuje, oburza się na nich, ma im za złe, a w najlepszym wypadku tę kwestię dokumentnie ignoruje.

Ale my nie pasujemy do schematów.

Owszem, zdarzało nam się wojować z pewnym rabinem, co to urządzał awantury w polskich kościołach. Owszem, prostowaliśmy bzdury na temat "polskich obozów koncentracyjnych" produkowane przez ignorantów bądź oszczerców. Ale wszak Żydzi, którzy mieszkali w Polsce, zanim dosięgła ich machina Holokaustu, to byli polscy obywatele, nasi współbracia, uczestnicy naszej historii. Ale w ciężkich latach sowieckiej dominacji wszak to państwo Izrael, znienawidzone obok Ameryki najbardziej przez komunistycznych podpalaczy świata, dawało nam wszystkim przykład, jak trzeba się bić, jak można bronić niepodległości. A z jakiej to racji miałyby nas nie obchodzić losy polskich Żydów, a niby dlaczego nie mielibyśmy znaleźć w Izraelu przyjaciół, którzy zachowali piękną, żywą polską mowę, a Polskę w sercach jako ich drugą ojczyznę? I pewnie to kogoś trochę dziwi, bo przecież wielce narodowe pisemka już dawno namaściły Arafata jako naszego narodowego bohatera, zaś o palestyńskich terrorystach piszą tak, jakby to byli warszawscy powstańcy, ale my - z całym szacunkiem dla państwowych aspiracji Palestyńczyków - sympatyzujemy w tym konflikcie z Izraelem, takie mamy nieprawomyślne poglądy. Śmieszą nas szaleństwa politycznej poprawności. Gdy ktoś nas próbuje uczyć, jak mamy myśleć, zabrania nam używania pewnych słów, nakazuje nam kochać coś, co akurat napawa nas niesmakiem, widzimy w tym obrazę ludzkiego rozumu. Nie pociągają nas uroki feministek. Nie bardzo pojmujemy różnicę między praktykowaną w pewnych "postępowych" krajach upaństwowioną eutanazją a nazistowskim programem likwidowania zbędnych istnień ludzkich. Aborcji nie akceptujemy nie dlatego, że nie akceptuje jej Kościół, lecz dlatego, że zakaz "nie zabijaj" jawi nam się jako fundament ładu społecznego, kultury i cywilizacji. I schemat by teraz wymagał, że skoro tacy z nas w pewnych kwestiach konserwatyści, to szczególną estymą darzymy wszelkie ograniczenia i restrykcje, i bylibyśmy nie od tego, by tu w Polsce przykręcić śrubę.

Ale my nie pasujemy do schematów.

Jesteśmy wszak liberałami. Naszym ideałem jest wszak wolność. Tak jak nie życzymy sobie, by państwo prowadziło nas za rączkę, by indoktrynowało nasze dzieci, by wychowywało nas w programach telewizji, tak nie widzimy powodu, aby ktoś za nas decydował, kiedy mamy iść do sklepu na zakupy, albo cenzurował jakieś teksty czy obrazki w obronie naszej zagrożonej moralności. Wolność słowa stanowi dla nas wartość samą w sobie. Kłamstwo jest rzeczą straszną. Ale nawet kłamstwo nie powinno być karane, bo od wyrokowania, co jest prawdą, a co fałszem, nie jest ani sędzia, ani policjant, ani prokurator. Pukamy się w czoło, gdy słyszymy w sejmie chóry strażników cnoty, co to chcą dobrać się do dziennikarzy i wsadzać ich do więzienia za krytyczne teksty o politykach. Obowiązujące dziś w Polsce prawo pozwalające prokuraturze na ściganie z urzędu każdego, kto "obrazi" rządowego czy parlamentarnego dygnitarza, uważamy za sprzeczne z konstytucją (zwykli obywatele przecież nie mają tej ochrony) i obskuranckie. Do więzienia powinien iść przestępca, a nie ten, co próbuje mu się dobrać do skóry.

Nigdy nie wchodziliśmy w układy. Zdumiewały nas i gniewały zawsze zgubne w skutkach sojusze zawierane przez część elit solidarnościowych z byłymi władcami PRL. Bez taryfy ulgowej traktowaliśmy rządy solidarnościowe. Nie mieliśmy litości dla TKM. O tym, że Polskę zżerają afery, nie dowiedzieliśmy się dopiero z "afery Rywina". Były chwile, że walczyliśmy na raz ze wszystkimi. Były dni, że obrywaliśmy od wszystkich. Ogarniały nas myśli ponure. Kipi czasem w nas złość. Może by tak posunąć się o krok dalej i zakrzyknąć "Zdrada, zdrada, zdrada!"... Może by rozedrzeć szaty i plunąć na tę całą III RP... Może by powiedzieć wreszcie na głos, że to wszystko, co się zaczęło w roku 1989, to jedno pasmo strasznych nieszczęść, to upadek narodu polskiego, rozkradziony majątek, zniszczony przemysł, zamknięte huty i kopalnie... Może się tego właśnie oczekuje od gazety prawdziwie prawicowej?

Ale my nie pasujemy do schematów.

Wywodzimy się z tradycji niepodległościowych, solidarnościowych, a nie komunistycznych, peerelowskich, radzieckich. Wywodzimy się z KOR, ROPCiO, KPN, demokratycznej opozycji lat 70., a nie z gierkowskiego żłobu i jaruzelskich obozów oraz pałek. Przez usta nam nie przejdzie coś takiego, że w Polsce pod sowieckim butem było lepiej niż jest nam dzisiaj w Polsce, która jest wprawdzie źle rządzona, ale stała się państwem niepodległym, w której wprawdzie szaleje korupcja, ale nie morduje się księży, w której obywatel ma wprawdzie poczucie zawodu, ale przynajmniej nie jest niewolnikiem. Zaskoczyliśmy w pewniej chwili samych siebie: nauczyliśmy się doceniać to, co mamy.

Mówią, że to dziwna gazeta. Mają rację: robimy ją dla tych, którzy nie lubią schematów.

Piotr Wierzbicki



KOMUNIKAT
(9 czerwca 2005 r.)

Informuję, że 9 czerwca 2005 r. zrezygnowałem z funkcji redaktora naczelnego "Gazety Polskiej". Powodem rezygnacji był dokonany za zgodą większości udziałowców spółki wydającej gazetę zamach na jej niezależność, jej linię programową i przestrzegane w niej dotychczas zasady, które nie pozwalają na korumpowanie dziennikarzy.

Oświadczam, że pismo, które będzie się teraz ukazywać pod winietą "Gazety Polskiej", nie ma nic wspólnego z tą gazetą, którą zakładałem wraz z Elżbietą Isakiewicz i kierowałem przez 12 lat.

Piotr Wierzbicki



Przychodzi Sakiewicz do Wierzbickiego

okładka wstrzymanego numeru


poniższy artykuł
pochodzi z 23 (620) numeru
"Gazety Polskiej",
którego druk samowolnie
wstrzymał Tomasz Sakiewicz
(8 czerwca 2005 r.)

Późne popołudnie jednego z ostatnich dni kwietnia tego roku. Redakcja "Gazety Polskiej". Pokój zastępczyni redaktora naczelnego. Oglądamy z Elżbietą Isakiewicz jakiś telewizyjny program informacyjny.

Wchodzi Tomasz Sakiewicz, dziennikarz i zarazem członek zarządu Niezależnego Wydawnictwa Polskiego które jest wydawcą "Gazety Polskiej". Sakiewicz rozsiada się na krześle i składa nam następującą propozycję: Jest pewna firma telekomunikacyjna, która byłaby gotowa z nami współpracować - chodzi o duże pieniądze - ale stawia warunki: mamy pisać dobrze o jej produktach.

- Świetnie - odpowiadamy - od tego są przecież strony gazetowe oznaczone napisem "kolumna sponsorowana" bądź "reklama".

- Tylko że - informuje nas Sakiewicz - ich żądanie jest takie, żebyśmy pisali o nich dobrze nie na kolumnach oznaczonych napisem "reklama", ale w zwykłych tekstach naszych dziennikarzy. Robimy wielkie oczy. Nie możemy wykrztusić słowa.

- Pan nam, jeśli dobrze rozumiemy - odzywam się wreszcie - proponuje ni mniej ni więcej tylko coś takiego, żebyśmy wprowadzili w błąd naszych własnych czytelników; oni czytając teksty napisane na zlecenie, za pieniądze, będą myśleć, że zawarte tam pochwały płyną z przekonania autorów, że są bezinteresowne, p r a w d z i w e. Przecież to zwykłe oszustwo. Nie ma mowy.

- Jak ty w ogóle śmiałeś - podnosi głos wzburzona Elżbieta Isakiewicz - przyjść do nas z taką propozycją? Jak ty w ogóle śmiałeś pomyśleć, że my się możemy zgodzić na takie szalbierstwo, sprzedać się i zniszczyć cały nasz prestiż?

Sakiewicz spuszcza głowę i wychodzi.

Byliśmy w szoku. Wiemy, co to znaczy wychwalać cudze produkty za cudze pieniądze bez zaznaczenia, że to jest tekst sponsorowany, że to jest reklama. Wiemy, że tutaj każde odstępstwo od powszechnie obowiązujących zasad oznacza sprzedanie się, utratę wiarygodności, wyrzeczenie się niezależności, że każda przekupna publikacja jest to gotowość kłamstwa na zlecenie. Wiemy również, że gdy się traci niezależność w jednym punkcie, traci się ją we wszystkich, że jeden fałszywy krok to krok w przepaść. Rozumieją to wszyscy uczciwi dziennikarze we wszystkich mediach.

Byliśmy w szoku. Zdarzało nam się w "Gazecie Polskiej" popełniać błędy. Zdarzało nam się kibicować ludziom, którzy później - w ten czy w inny sposób - zawodzili. Zdarzała nam się pochopność i nieprzenikliwość w sądach. Ale nikt nami nigdy nie komenderował. Ale niezależność była dla nas zawsze największą świętością. Ale nigdy nie posunęliśmy się do tego, by z premedytacją oszukiwać czytelników. Ale nigdy nie uczynimy tego   z a   ż a d n e   p i e n i ą d z e.

Byliśmy w szoku. Zapewne jednak natłok rutynowych zajęć przy redagowaniu gazety kazałby nam przejść do porządku dziennego nad tamtym zdarzeniem i potraktować złożenie nam propozycji korupcyjnej w ten sposób, że był to głupi wyskok.

Stało się jednak inaczej. Okazało się, że to nie był wyskok. W czasie kilku kolejnych dni następuje seria alarmujących wydarzeń. W liście rozsyłanym do udziałowców gazety oskarża się nas o nienowoczesne zarządzanie firmą. Wychodzi na jaw, że już od wielu tygodni, jeśli nie miesięcy, nie próżnuje również p. Sakiewicz. Odbywa na mieście narady, jak by tu wyrzucić Piotra Wierzbickiego i Elżbietę Isakiewicz z "Gazety Polskiej", jako członek zarządu odpowiedzialny za sprawy finansowe posuwa się do sabotażu (nie poleca księgowości, aby przygotowała istotne dokumenty na doroczne zgromadzenie udziałowców), w końcu w piśmie rozesłanym niektórym udziałowcom atakuje linię programową "Gazety". Wydarzeniom tym towarzyszą dwa kolejne napady "nieznanych sprawców" na lokal naszej redakcji.

Istniejemy już od dwunastu lat. Różnimy się od innych gazet. Często idziemy pod prąd. Nie poszliśmy pod komendę żadnej partii. Lubimy zaskakiwać. Potrafimy rewidować swe poglądy. Potrafimy reagować na rzeczywistość. Nie pasujemy do schematów. Śmieszą nas szaleństwa politycznej poprawności, ale jesteśmy liberałami gospodarczymi. Nie zostawiamy suchej nitki na wynaturzeniach i draństwach III RP, ale doceniamy nasz wielki historyczny sukces: jesteśmy państwem niepodległym, ważnym składnikiem Zachodu. Popieramy lustrację, ale przypominamy uparcie, że ważniejsza jest dekomunizacja. Nie lubimy postkomunistów, ale nasze obrzydzenie wywołują również ludzie, którzy teraz odgrywają rolę wielkich patriotów i antykomunistów, a w PRL siedzieli jak mysz pod miotłą. Mamy powód, by bronić swojej gazety.

To, że p. Sakiewicz ma chrapkę na "Gazetę Polską", może wydawać się śmieszne. To, że te działania wpisują się we wrogą akcję wymierzoną w niezależność "Gazety Polskiej", nie jest zabawne. Przeżyliśmy już w naszej historii dwie takie próby: raz w roku 1993, gdy napaści "nieznanych sprawców" towarzyszyła agresja prokuratury, drugi raz, gdy "Gazetę" próbowali rozbić miłośnicy "Naszego Dziennika". Dzięki postawie naszych czytelników, dziennikarzy i udziałowców przetrwaliśmy. Wolno sądzić, że tym razem idzie i o linię polityczną "Gazety", i o pieniądze, że amatorom "przejęcia" "Gazety" idzie i o to, abyśmy w przeddzień wyborów skapitulowali wobec promoskiewskich, antyamerykańskich i antyeuropejskich narodowych katolików, i o to, byśmy pisali pod dyktando potężnych spółek.

Pragnę zapewnić Czytelników, że nic takiego nie nastąpi, że nie ukaże się w "Gazecie Polskiej" już ani jeden tekst p. Sakiewicza, że odebrałem mu prawo reprezentowania "Gazety Polskiej" w innych mediach i że każdy przyszły domorosły "Rywin", który by się ośmielił przyjść do nas z propozycją "pochwały za pieniądze", odejdzie z kwitkiem.

Piotr Wierzbicki